poniedziałek, 2 grudnia 2013

Wakacje z Wikingami

Od mojego powrotu do Polski minęło już sporo czasu, jednak dopiero teraz jestem w stanie zebrać wszystkie moje refleksje w spójną impresyjną całość. Pozornie przewrotny tytuł tego postu wiąże się w moim mniemaniu z pewną charakterystyczną  dla norweskiej społeczności cechą. Mianowicie, wracając do średniowiecza, obraz Wikingów rysuje nam się w powściągliwych, ciemnych barwach. Lud, który wypracował sobie odrębność kulturową i taktyczną, z jednej strony był bezwzględnym napastnikiem i jako jedyny w całej historii podbił Anglię, z drugiej strony wytwarzał estetyczne, nie pozbawione dozy elegancji i oryginalności, biżuteryjne akcesoria. Podsumowując, przychodzi mi na myśl jedno słowo: KONTRAST. Zmierzając do meritum, nie chcę przechwalać się tutaj moją szczątkową wiedzą na temat rdzennej ludności Skandynawii, ale odnieść ich sposób bycia do mentalności Norwegów.
Otóż, przebywając w uroczej i malowniczej miejscowości Flam, znajdującej się zaledwie dwie godziny od Bergen, nie sposób nie zauważyć panującego tu czasami dotkliwego wręcz spokoju i zastania. Podczas mojej codziennej drogi do pracy otaczały mnie górskie krajobrazy i liczne kolorowe drewniane domki. Zawsze jak z obrazka, zawsze opuszczone. W oknach widziałam te same "wystawki": ozdobne dzbanuszki, laleczki, zielone roślinki. Brak firan, brak rolet, życie na pokaz, jednak bez ludzi. Naprawdę nie widziałam w nich ludzi, chociaż jestem przekonana o ich istnieniu (świeżo skoszona trawa raz w tygodniu, samochody, dziecięce rowerki).
W centrum miasteczka, blisko hotelu Fretheim, kumuluje się życie... przede wszystkim turystów.Ogromne grupy chińskie, często też amerykańskie czy niemieckie, oczekiwały w kolejce na podróż Flamsbahną (przepaście, fiord widziany z góry, wodospad z tańczącą i śpiewającą gdzieś w oddali hyldrą), piły oryginalne, tworzone na miejscu piwo Aegir, Flamsbrygga w klimatycznym, drewnianym lokalu, jadły pizzę w wagonie starego pociągu, zwiedzały muzeum pojazdów, opalały się lub kąpały nad fiordem, rozkoszowały widokiem wody i odpływających statków w Marinie ... W tej malutkiej miejscowości było naprawdę wiele atrakcji. Żałuję, że nie płynęłam Fiordem Safari, bo to zdecydowanie kulminacyjny moment pobytu w tamtych regionach.
Uwielbiam modę, więc zawsze zwracam uwagę na jakieś charakterystyczne lub dominujące trendy w ubiorach danej grupy. Muszę stwierdzić, że moda norweska we Flam oznacza sportowy minimalizm, czasami akcentowany regionalną ornamentyką. Niestety jedyną atrakcją były słodkie Chinki ubrane w konwencji kawaii lub obrzucone torebką Chanel, płaszczem od Prady i szalikiem Armaniego. Czasami widywałam norweskich biznesmenów ubranych elegancko, schludnie i ... nudnie. Natomiast przebywając w Voss i Bergen zauważyłam, że coś tam się dzieje. Jest czarno, szaro, ale interesująco (na przykład katalog H&M prezentował najbardziej klasyczne i "grzeczne" modele swojego asortymentu, z których ludzie tworzyli niekonwencjonalne zestawy). Uwielbiałam wertować wieszaki w Bik Boku, najwspanialszej norweskiej sieciówce, i Fretexie (tam byłam tylko raz)- second-handzie emanującym estetycznością, czystością i szacunkiem dla ubrań. Najciekawszy jest fakt, że odzież w Norwegii jest zdecydowanie tańsza od polskiej (nie mówię tu o stosunku do zarobków, ale normalnej cenie). Z drugiej strony również rynek droższej mody (od projektantów) ma ugruntowane miejsce w zimnej Norwegii i naprawdę jest w czym wybierać. Mam nadzieję, że w przyszłym roku będę miała okazję do porządniejszej eksploracji teko sektora. W tej chwili czekam na święta, choinkę i cieplejsze dni.
P.S.  Zakochałam się w marce Moods of Norway- radosnej, kolorowej, nie odcinającej się od korzeni. Odnalazłam w nich wszystko, co kocham: pragmatyzm i modę lat 30.i 40.






piątek, 23 sierpnia 2013

Poranek we fiordzie


We Flam zrobiło się zimno, chyba można już mówić o pierwszych typowo jesiennych zjawiskach: liście spadają z drzew, a małe ptaszki z żółtymi brzuszkami wlatują do domów w poszukiwaniu cukru i śmietanki. Chciałabym odczuć na własnej skórze polski upał...
***
Brak pogody rekompensują mi widoki: owiane chmurami, groźnie zielone, monumentalne. Czyste i zimne powietrze wpada do płuc z determinacją, którą mogłabym porównać do uderzającej mocy, z jaką działają bąbelki szampana. Wszystko jest takie nierealne, bajkowe, acz naturalne. Brak logiki w tym stwierdzeniu bazuje na skomplikowanej rzeczywistości naszego świata. Norwegia jest czysta, a Polska i większość europejskich krajów brudne, zakurzone i sztuczne. Kocham swój kraj, ale niestety taka jest prawda. Patrząc na norweskie góry, wodę, domki czy wlokące się przez ulice owce z dzwoneczkami, mogę ze 100% pewnością podać definicję idylli. 
***





















Archiwum bloga

Obserwatorzy